Chór Kameralny

Chór Kameralny Miejskiego Domu Kultury w Stalowej Woli jest mieszanym zespołem amatorskim utworzonym w lutym 1985 r. z inicjatywy Jerzego Augustyńskiego, który do dziś pełni funkcję dyrektora artystycznego i dyrygenta chóru. Radość ze wspólnego śpiewania oraz odkrywania różnorodnych barw muzyki to do dziś niezmienne Credo tego wielopokoleniowego chóru. Różnica wieku pomiędzy najmłodszym a najstarszym chórzystą wynosi obecnie 58 lat. Na przestrzeni 32 lat często muzykowały w nim całe rodziny, a więc ojcowie i matki wraz ze swoimi dziećmi, rodzeństwa, kuzynostwa, małżeństwa, a cały zespół od lat tworzy jedną wielką 33-osobową „rodzinę” muzyczną, reprezentujące trzy pokolenia. Śpiewają w nim przedstawiciele bardzo wielu profesji, ale także studenci i uczniowie. Repertuar obejmuje muzykę dawną, ludową, opracowania muzyki jazzowej, rozrywkowej, fragmenty z oper i musicali, a także dzieła wokalno-instrumentalne. W ciągu 31 lat swojej nieprzerwanej działalności wystąpił ponad 760 razy zarówno w koncertach a capella, jak też w widowiskach muzycznych, spektaklach teatralnych i koncertach wokalno-instrumentalnych. Jest też laureatem kilku ogólnopolskich i międzynarodowych konkursów chóralnych. Podczas 38 zagranicznych podróży koncertowych występował w wielu krajach europejskich, a także w Chinach, Meksyku i USA. Jednym z najważniejszych wydarzeń w historii chóru był muzyczny udział we Mszy św. celebrowanej przez Ojca Świętego Jana Pawła II podczas Jego wizyty w Sandomierzu 12 czerwca 1999 r.

Za osiągnięcia w pracy artystycznej Chór i jego dyrygent otrzymali wiele nagród zespołowych i indywidualnych. Wyróżniani byli przez Prezydenta Stalowej Woli, Starostę Powiatu Stalowowolskiego, Zarząd i Marszałka Województwa Podkarpackiego 2004, 2010, Polski Związek Chórów i Orkiestr, Ministra Kultury i Sztuki (1997), Ministra Kultury (2005) oraz Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej.

Minister Kultury i Dziedzictwa Narodowego Bogdan Zdrojewski w 2010 r. przyznał chórowi tytuł Zasłużony Dla Kultury Polskiej.

 dsc_8173

 


Koncert „Pan mym pasterzem”  w wykonaniu: wybitnego wokalisty Marka Bałaty, zespołu Lumen, muzyków Orkiestry Symfonicznej im. K. Namysłowskiego w Zamościu, Chóru Kameralnego MDK  (7 maja 2016) w rozwadowskiej farze – obchody Rocznicy 1050-lecia Chrztu Polski w Stalowej Woli.


Chór Kameralny na Jubileuszu Parafii Holy Ghost / Luton, Anglia / Maj 2015


 

 



Relacja z podróży do Kolumbii:

Podróże do egzotycznych krajów kuszą, ale dopiero kilka lat od otrzymania zaproszenia, Chór Kameralny Miejskiego Domu Kultury w Stalowej Woli, pod dyrekcją doktora Jerzego Augustyńskiego, zdecydował się na wyjazd do Kolumbii w Ameryce Południowej, na XVII Festival Coral Internacional de Medellín “José María Bravo Márquez” – Międzynarodowy Festiwal Chórów w Medellin.

Stalowowolscy chórzyści już w 2010 roku na festiwalu Mundial de Coros w Meksyku, zwrócili na siebie uwagę podczas entuzjastycznie przyjmowanych koncertów  i otrzymali propozycję udziału w kolumbijskim festiwalu. Jednak był to czas niespokojny dla tego kraju, gdzie do dziś grasują lewicowe zbrojne ugrupowania i toczą się regularne partyzanckie walki z napadami nawet na wojsko.

Dziś w Kolumbii jest już znacznie bezpieczniej, choć nadal na porządku dziennym są kradzieże. Region Antioquia ze stolicą w Medellin – dawnym światowym gniazdem handlarzy narkotykowych – zaliczany jest już do spokojnych. A tam właśnie miał koncertować chór. I zespół tym razem zdecydował się na wyjazd.

I jeszcze łyk historii. Kolumbia została odkryta przez hiszpańskich żeglarzy pod koniec XV wieku i podbijana dla hiszpańskiej korony od 1525 roku, zanim stała się częścią hiszpańskiego wicekrólestwa Peru. Jednak, mimo przyjęcia hiszpańskiego języka i wielu elementów kultury iberyjskiej, krnąbrna indiańska dusza wzięła górę nad obcym panowaniem. Kolonia zbuntowała się w 1810 roku. Ostatecznie Hiszpanie zostali przegnani za ocean w roku 1819 przez wojska pod wodzą Simona Boliwara pochodzącego z sąsiedniej Wenezueli.

Dziś Kolumbia ma 47 milionów mieszkańców na obszarze 3,6 razy większym od Polski. Dochód narodowy brutto na mieszkańca wynosi 6,3 tysiąca dolarów (w Polsce 13,8 tysiąca USD, na pierwszym miejscu Luksemburg 105,8 tysiąca „zielonych”).

20 lipca 2018 roku, w kolumbijskie Święto Niepodległości, Chór Kameralny wylądował w stolicy kraju Bogocie.  Choć do równika jest stąd niedaleko, od piekielnych upałów i malarycznych komarów chroni miasto wysokość 2 tysięcy 640 metrów nad poziomem morza! Kolumbia powitała chórzystów chłodem i deszczem. Ale czekał już na nas uśmiechnięty Maurycy o indiańskiej urodzie, z kartką z napisem „Chor Kameralny”. Jego zadaniem było zapakowanie zespołu z bagażami do autobusu, który miał nas powieźć do Medellin. A w autobusie w latynoski klimat wprowadziły nas południowoamerykańskie rytmy lecące z głośników – samby, merengue, cha-cha, rumby i salsy.

Kierowcą, który stał się cichym bohaterem naszej wyprawy był Julio Hernando Cuervo Cuenca, z asystentem Carlosem Julio Cuitivą. Julio miał przed kierownicą małą figurę Najświętszej Panienki i przed każdym ruszeniem w drogę robił na sobie znak krzyża. Zasłużył sobie na nasz podziw, bo poruszanie się po górzystych, zatłoczonych kolumbijskich drogach to walka o życie dla prawdziwych twardzieli. Przez dziesiątki kilometrów ciągną się wąskie górskie serpentyny z linią ciągłą przez środek, którą kierowcy regularnie przekraczają, narażając się na zderzenie. Ratują się, ostrzegając się buczeniem klaksonów. Trzeba także wiedzieć gdzie się można zatrzymać na postój. Kiedy po wielu godzinach jazdy (droga z Bogoty do Medellin na trasie 450 kilometrów trwała 10 godzin!) chcieliśmy mieć postój przed widoczną stacją paliw przy drodze, Julio spokojnie ją minął, a Carlos przejechał wskazującym palcem po szyi, a co to oznaczało, łatwo się było domyślić. Stanęliśmy dopiero przy dużej stacji, przy której parkowało kilka autobusów.

Był jeszcze krótki postój przy dawnej posiadłości Pablo Escobara, 150 kilometrów od Medellin. To miejsce pielgrzymek zmotoryzowanych Kolumbijczyków, dla których dawna luksusowa Hacienda Nápolés jest sentymentalnym miejscem kultu człowieka, którego uważają za bohatera. Do dziś organizowane są dla turystów wyprawy szlakiem Escobara. Głośny na cały świat Pablo Escobar to słynny i bezwzględny kryminalista nazywany „królem kokainy”. Jego kartelowi przypisuje się śmierć 4 tysięcy ludzi. Dorobił się miliardów dolarów na narkotyzowaniu Stanów Zjednoczonych i w końcu dosięgły go kule agentów USA i rządu Kolumbii. Zginął w 1993 roku w rodzinnym Medellin, w wieku 44 lat. Został tu pochowany na jednym ze wzgórz, w rodzinnym zbiorowym grobie. Nie dla wszystkich jest bohaterem. Słychać także takie głosy „położyłeś kwiaty na jego grobie, a czemu nie położysz na tysiącach grobów jego ofiar?”.

Była już noc, kiedy po niemal dwóch dobach męczącej podróży, z drogi na zboczu góry zobaczyliśmy obraz jak z bajki – otoczoną wysokimi górami nieckę, jarzącą się na zboczach i w dolinie światłami, jakby ktoś rozrzucił żarzące węgle. To było Medellin. Zamieszkaliśmy w hotelu Porton Estadio, przy stadionie, który narkotykowy baron Escobar zafundował mieszkańcom. Jak się okazuje, Kolumbijczycy kochali go za takie podarunki i ukrywali, kiedy uciekał przed pogonią, zanim wpadł w śmiertelną pułapkę.

Rano w towarzystwie naszych młodych aniołów stróżów – Jorge, Valeris, Santiago, Liny i Caroliny, pojechaliśmy metrem do centrum Medellin. Stolica regionu ma 2,5 miliona mieszkańców, leży na wysokości półtora tysiąca metrów nad poziomem morza, przez to jest także wolna od komarów. Podczas pobytu w Medellin świeciło słońce, choć to była pora deszczowa. Kiedy podzwrotnikowe parzące słońce stało w zenicie nad naszymi głowami, chodziliśmy po niewielkim własnym cieniu!

Medellin to gwarne, zatłoczone miasto, z drapaczami chmur, gdzie albo jest nowocześnie (aż za bardzo, bo chciałoby się widzieć więcej egzotyki), albo rozciąga się na wzgórzach osiedle slumsów, widoczne z wagoników kolejki linowej Metrokable, będącej częścią metra. Wchodzenie do najbiedniejszej części metropolii to proszenie się o guza, więc lepiej nie wysiadać na tych stacjach i przepłynąć nad nimi wagonikiem. Nawet w gwarnym centrum miasta mieliśmy spotkanie z policjantem, który ostrzegał przez handlarzami narkotyków i alkoholu.

Atrakcją Starej Dzielnicy Madellin jest Plac Botero, a tam kolekcja 23 rzeźb z brązu kolumbijskiego artysty Fernando Botero. To śmieszne, wielkie, monstrualnie otyłe postacie kobiet, mężczyzn, kotów i koników. „Legenda Botero” to przekonanie, że pocieranie posągów przynosi miłość i szczęście. Po wypolerowanych częściach rzeźb można się przekonać o jakim szczęściu marzą ci, którzy je dotykali.

Wielkość miesza się tu z nędzą. Mijamy ekskluzywne sklepy (Kolumbia jest największym światowym producentem szmaragdów)  i przeszklone wieżowce, a w fontannie albo na ulicy myją się półnadzy bezdomni polewając się wodą z plastykowych pojemników. Po uśmiechniętych twarzach widać, że kąpiel połączona z praniem spodni bez ich zdejmowania sprawia im radość. Co chwilę widać mężczyzn śpiących gdzie popadnie. Naganiacze zachęcają do wejścia do restauracji, podtykając jadłospis ze zdjęciami. Mijamy mnóstwo straganów ze świeżymi owocami – mango, bananami, wielkimi awokado, zapote czyli pigwicy, obraną i pokrojoną w łódki soczystą papają. Na straganach ze słodkościami uwagę przyciągają okrągłe kule bunuelos z mąki kukurydzianej i świeżego sera, smażone na głębokim tłuszczu. Polecane przez naszych „kolumbijskich aniołów” smażone na ulicy arepas con queso okazały się przepysznymi kukurydzianymi placuszkami z żółtym serem i masłem. Połowa niewielkiego placka wystarczyłaby za obiad.

Odsapnęliśmy od słońca i ulicznego tłoku w kawiarni z pysznymi deserami i nareszcie dyskretną muzyką. Na finał chór miał okazję zaśpiewać kilka pieśni dla przygodnych słuchaczy w pięknej katedrze, z zachwycającą akustyką. Warto wspomnieć, że do Kościoła katolickiego należy 79 procent Kolumbijczyków, 14 procent to protestanci, 6 procent zielonoświątkowcy.

Kolejnego dnia atrakcją był wyjazd do cudu natury – skały zwanej El Peñón de Guatape czy po prostu Kamień El Peñol  (wymowa: El Peniol). Granitowa skała jest wysoka na dwieście metrów, nad powierzchnię wystaje tylko jedna trzecia jej cielska. Reszta skał, której El Peñol był częścią, rozsypała się, a ta sterczy i jest atrakcją regionu. Wykuto w niej 650 schodów prowadzących na szczyt, gdzie są stragany, rośnie pięknie obsypany fioletowymi kwiatami krzew  bougainvillea (bugenwilla), skąd roztacza się piękny widok, bo skała otoczona jest wodami sztucznego zalewu z wystającymi zielonymi wyspami. Zalew został utworzony dla spiętrzenia wody dla tamy, która dostarcza 30 procent prądu dla Kolumbii. Nad skałą krążą sępy, czekające, aż ktoś rzuci im coś do pożarcia. Wyjście na szczyt w upalne południe jest wyczynem. Na ścianie co kilkaset stopni jest numer pogotowia ratunkowego. Na środku kamienia można odpocząć przy figurze Matki Bożej, a ambicją wielu jest zrobić sobie selfie z Najświętszą Panienką.

W mieście Guatape z kolorowymi, pięknie utrzymanymi uliczkami w stylu kolumbijskim, zanurzyliśmy się w latynoski klimat. Przy wąskich uliczkach ciągną się jaskrawo pomalowane domy, ze ścianami frontowymi ozdobionymi kolorowymi płaskorzeźbami. Obiad w restauracji z widokiem na ruchliwą zakurzoną ulicę skutecznie psuła wesoła kobitka, która znając tylko dwa chwyty na gitarę, wygrywała i śpiewała coś monotonnie, a jeśli ktoś dał jej jakieś pesos, to chyba dla świętego spokoju, żeby sobie poszła. Za to dla odmiany w cichym kolorowym zakątku, gdzie czekaliśmy na rejs statkiem po zalewie, wyszła młoda kobieta i dała zachwycający koncert jazzowy grając na saksofonie, z akompaniamentem gitarzysty. Byliśmy oniemiali z zachwytu. Na statku nasz młodziutki opiekun Nicolás Correa Carvajal i jego kolega dali wszystkim lekcje salsy. Panie, którym udało się zatańczyć z prawdziwym Kolumbijczykiem, były w siódmym niebie.

Kolejnego dnia był wyjazd na dwa dni do Jardin (czyta się Hardin, co oznacza ogród). Podróż z Medelin miała trwać trzy i pół godziny, trwała siedem. A to przez to, że umacniane było zbocze góry przy drodze i ruch był zatamowany. Wykorzystaliśmy to na pobyt w małej mieścince Amaga. Tu dla relaksu skosztowaliśmy świeżo wyciśniętego soku z marakui i pomarańczy. Kiedy ruszyliśmy w drogę, oczarował nas widok gór, z których jedna miała wygląd egipskiej piramidy. Błękit nieba z pierzastymi chmurami i pokrytymi zielenią wysokimi Andami – to był bajeczny krajobraz, jaki przesuwał się za oknem autobusu.

Zagroda w Jardin, gdzie mieliśmy noclegi w kolorowych parterowych pawilonach, zachwyciła nas. To był zakątek tropikalnej zieleni, palm, bananowców, kwitnących krzewów. W dali piętrzyły się szczyty Andów, a konkretnie pasmo Kordylierów. To był prawdziwy rajski ogród zasadzony ręką samego Boga! Miasteczko też jest piękne z parterowymi domami otynkowanymi na biało, z rynkiem i wielkim kościołem. Jest tam tak ciepło, że kościół nie ma drzwi, tylko kraty!

Wieczorem w miejscowym kościele odbył się pierwszy koncert chóru na kolumbijskiej ziemi, choć jeszcze nie w ramach festiwalu. Koncert rozpoczął miejscowy chór dziecięcy, dla których wspólny występ z artystami z odległej Europy był ogromnym przeżyciem, czemu dali wyraz prosząc po występie o wspólne zdjęcia. Wzruszającym momentem było wykonanie fotografii z kolumbijskimi dziećmi uniesionymi przez naszych chórzystów.

Rankiem nasz przewodnik Juan Felipe Moreno zabrał nas do parku na stoku Andów na plantację kawy i bananów. Wspinaliśmy się po wilgotnej, śliskiej ziemi wśród palm, minęliśmy zachwycający wodospad, wysoki na ponad sto metrów. I właśnie tu wszyscy zostaliśmy pokąsani po rękach prawdopodobnie przez meszki. Czerwone swędzące bąble na rękach jeszcze długo przypominały o wyprawie. Ale cierpienie warte było widoku kwitnących i owocujących krzewów kawy czy smaku bananów świeżo zerwanych z bananowca przez sympatycznego seniora Antonio. Chór zaśpiewał pod bananowcami „W moim ogródeczku rośnie rózycka”, aż się żona Antonia popłakała ze wzruszenia, a Antonio zagrał na gitarze i zaśpiewał na pożegnanie latynoską melodię. Byliśmy w siódmym kolumbijskim niebie.

Po powrocie do Medellin dostaliśmy się pod opiekuńcze skrzydła organizatorów festiwalu, którzy wzięli nas na swoje utrzymanie. Naszym domem stał się trzygwiazdkowy hotel El Portón de San Joaquín. I tu ciekawostka. San Joaquin to święty Joachim, mąż świętej Anny i ojciec Maryi. El Portón to brama. Byliśmy więc w hotelu „Brama świętego Joachima”. W hiszpańskojęzycznych krajach Ameryki Południowej nadawanie imion świętych miastom, placom, ulicom, rzekom i regionom jest bardzo popularne. Nazwa hotelu wzięła się od stojącego po drugiej stronie ulicy kościoła pod wezwaniem świętego Joachima, pięknej, monumentalnej świątyni w bizantyjskim stylu, jednego z trzynastu katolickich kościołów w mieście.

Każdy dzień festiwalu w Medellin rozpoczynał się dla chórzystów od warsztatów z dyrektorem festiwalu wspaniałym człowiekiem i znawcą muzyki chóralnej Jorge Hernán Arango Garcia oraz zaproszonym światowej sławy amerykańskim dyrygentem, profesorem Uniwersytetu Florydy – Willim Keslingiem. W finałowym koncercie festiwalu pod ich batutą cztery chóry: Ensemble Vocal de Medelin z Kolumbii, Vocalica z Argentyny, Ars Canendi z Paragwaju i Chór  Kameralny wykonały „River in Judea” Jack’a Feldmana oraz „Kyrie” z Mszy d-moll Wolfganga Amadeusza Mozarta”.

W przeddzień pierwszego festiwalowego koncertu dotarła z Polski do chóru smutna wiadomość o tragicznej śmierci byłego chórzysty Damiana. Koncert w monumentalnej kaplicy na zabytkowym cmentarzu San Piedro Cementary Muzeum, poprzedzony minutą ciszy, został dedykowany właśnie Jemu, co nadało wykonaniom szczególnego charakteru. W znakomitej pod względem akustycznym kaplicy, piękne brzmienie Chóru Kameralnego pod batutą Jerzego Augustyńskiego zachwyciło słuchaczy, którzy wcześniej wysłuchali koncertu miejscowego zespołu Soul Gospel.

Cmentarz San Piedro to miejsce niezwykłe pod każdym względem. Założony został w połowie XIX wieku przez bogatych mieszkańców, którzy na rodzinne nagrobki sprowadzali kamień z Europy i zatrudniali dobrych rzeźbiarzy. Dziś zachwyt budzą Anioł Milczenia – nakazujący ciszę palcem przy ustach, przejmujące rzeźby martwego Jezusa w ramionach Matki (Pieta), klęcząca przed Ukrzyżowanym naturalistyczna postać młodej kobiety. I absolutnie niezwykłe i zjawiskowe trzy postacie odlanych w brązie kobiet, jakby idących jedna za drugą. To trzy Marie. Kiedy pewnemu artyście umarła córka, zbudował pomnik z wyobrażeniem jak wyglądała zmarła w młodości, jak wyglądałaby w wieku średnim i na starość. Legenda mówi, że postacie obracają się. Na cmentarzu jest także „Galeria Bólu”, gdzie pochowane są ofiary Pablo Escobara.

To co zdumiewa w tej nekropolii to także kolumbaria i rodzinne mauzolea, które otaczają część centralną z grobami ziemnymi. Wysokie ściany kolumbariów z wnękami kryjącymi urny zbudowane są na kilku piętrach! To prawdziwe „miasto umarłych” z kilkudziesięcioma tysiącami urn. Regulamin zakazuje na ściankach do wnęk wieszania zabawek. Można tylko kwiaty.

Przez kolejne dni Chór Kameralny koncertował w Palacio de Bellas Artes (Pałac Sztuk Pięknych) i w Teatro Suramericana. Wszędzie prezentował kompozycje sakralne, ale także polskie pieśni ludowe i  utwory światowe. Zawsze furorę w finale robił, szczególnie owacyjnie przyjmowany, śpiewany po hiszpańsku utwór „Besame mucho” („Całuj mnie mocno”). Warto wspomnieć o chórzystach, którzy w kilku utworach akompaniowali zespołowi – pianiście Bartoszu Kanachu, trębaczu Krzysztofie Saganie i akordeoniście Marku Piędzio.

Chór Kameralny był gościem specjalnym  festiwalu w Medellin i jako jedyny, wystąpił z pełnym siedemdziesięciominutowym programem. Koncert odbył się w Bazylice Katedralnej Matki Bożej Niepokalanego Poczęcia w Santa Fe de Antioquia, gdzie pod sufitem fruwały gołębie. A na koncercie był obecny profesor Willi Kesling. Urocze zabytkowe miasteczko, z klimatami z czasów Zorro, okazało się przy tym niezwykłym miejscem, gdzie właśnie kręcono film. Chórzyści zostali tu przyjęci w luksusowym hotelu Mariscal Robledo.

W finale festiwalu w wielkim Teatro Metropolitano Jose Gutierrez Gomez dla publiczności wypełniającej salę widowiskową wystąpiły chóry z Polski, Argentyny, Meksyku, Paragwaju i Kolumbii. Wieczorne pożegnanie z latynoskimi chórzystami było gorące, okraszone śpiewami i chilijskim winem.

– Festiwal w Medelin jest jednym z największych wydarzeń chóralnych w Ameryce Południowej i zaproszenie do udziału w nim było dla nas ogromnym wyróżnieniem – powiedział maestro Jerzy Augustyński. – Jednocześnie dla chórzystów wydarzenie to stanowiło duży impuls do dalszego rozwoju. Możliwość obcowania z inną kulturą bardzo ułatwia zrozumienie świata, jego różnorodności, tajemnic, piękna, a to wszystko zawsze wzbogaca chór i jego artystyczną dojrzałość – ocenił.

I na ostatek został deser czyli zwiedzanie Bogoty z piękną starówką, Muzeum Złota oraz wyjazdem kolejką linową do sanktuarium na górze Monserrate na wysokości 3 tysięcy 152 metrów nad poziomem morza, gdzie jest kaplica Matki Bożej z Synem (oboje o czarnych twarzach), a w głównym ołtarzu rzeźba skatowanego Chrystusa. Tu na targu jak na odpustowych straganach można było kupić nie tylko dewocjonalia, ale także liście koki, pakowane w torebki do zaparzania. Jak się okazuje, koka jest sprawdzonym sposobem na chorobę wysokościową.

W Bogocie można także kupić smażony kolumbijski specjał hormigas culonas czyli mrówki pupiatki. „To mrówki o typowo latynoskich kształtach – wąskie w talii, ale o dużych odwłokach. Zbiera się je koło lutego, kiedy wylatują z gniazd na gody. Moment zbierania pupiatek jest bardzo krótki, są więc wyjątkowym, kolumbijskim rarytasem” – przeczytałem w relacji jednego z podróżników. Zachwalane są jako afrodyzjaki. Ci co je jedli, mówią, że były słone. Być może więc bardziej po nich chciało się pić niż baraszkować.

Wieczorem była jeszcze wizyta w kawiarni z kawą i wybornymi ciastami. I na drugi dzień powrót przez Panamę do Turcji, a stamtąd do Polski. Medellin szykowało się na Festiwal Kwiatów, a my żegnaliśmy Kolumbię, która na dziesięć dni stała się naszym domem, gdzie zobaczyliśmy stoki Andów wyglądające jak rajskie ogrody zasadzone ręką Boga.

Wpadliśmy na pożegnanie w ramiona naszego głównego anioła Jorge A. Correa. To on, z własnej i nieprzymuszonej woli, załatwił nam całą resztę aniołów-kuzynów, on wymyślił nam zjawiskowe Jardin i Guatape, negocjował ceny w hotelach, załatwił transport pianina do Santa Fe i mnóstwo innych rzeczy. Jednym słowem gdyby nie kochany Jorge, to byłby zupełnie inny wyjazd. A więc: – Mucho gracias, Jorge. Enhorabuena!

Pożegnaliśmy przyjazną Kolumbię, gdzie spotkaliśmy siostry i braci chórzystów oraz mieszkańców, którym pokazaliśmy kawałek pięknej muzycznej polskiej i europejskiej kultury, chłonąc w zamian piękno latynoskiej ziemi.

Zdzisław Surowaniec

fot. Zdzisław Surowaniec




Mapa Dojazdu

Napisz do nas



Przepisz kod antyspamowy: captcha